Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

„Zastanawiam się, jak tyle duchów radzi sobie z podziałem zadań. Czy straszą w ustalonej kolejności, każdy ma na przykład jedną nocną godzinę? A może pojawiają się tylko w wybrane dni tygodnia albo mozolnie układają grafik? A może – w wietrzne listopadowe noce – prowadzą ze sobą spory lub nawet walczą o pierwszeństwo?” – pyta żartobliwie użytkownik portalu podróżniczego geoblog.pl. I choć mowa o zamku w jurajskim Olsztynie, to przecież cały region częstochowski jest wymarzonym miejscem dla amatorów mocnych wrażeń. Bo majestatyczne zamki i strażnice, pałace, tajemnicze jaskinie, lasy i pola pełne są duchów, upiorów i zjaw.

Olsztyn pełen duchów

Olsztyński zamek – chyba najlepiej znany częstochowianom spośród wszystkich Orlich Gniazd – został wzniesiony na wapiennym wzgórzu przez Kazimierza Wielkiego i należał do nadgranicznych warowni małopolskich. Faktycznie, na brak duchów narzekać nie może, a to dlatego, że był świadkiem wielu burzliwych wydarzeń.

Największą grozę na zamku w Olsztynie wciąż budzi duch wojewody poznańskiego Maćka Borkowica. Bo też sama postać nie zapisała się w historii pozytywnie. Maćko Borkowic w 1352 r. stanął na czele konfederacji rycerstwa wielkopolskiego przeciw królowi Kazimierzowi Wielkiemu, brał udział w zamordowaniu stronnika królewskiego kasztelana gnieźnieńskiego Beniamina, miał też udzielać schronienia wszelkiego rodzaju rozbójnikom. Król wygnał go za to z kraju, ale w końcu okazał mu łaskę i pozwolił wrócić. I choć Maćko Borkowic w 1358 r. w Sieradzu złożył monarsze przysięgę wierności, to nie przestał potajemnie spiskować. Gdy monarcha się o tym dowiedział, okazał się nieubłagany. Wojewoda został skazany na śmierć głodową przez samego Kazimierza Wielkiego w głośnym procesie w Kaliszu. Przewieziony do Olsztyna, umarł w tamtejszych lochach, prawdopodobnie 9 lutego 1360 r. Wg legendy jego duch nigdy nie opuścił tego miejsca i do dzisiaj spod wieży zamkowej dochodzi dźwięk brzękających łańcuchów, jęki, przekleństwa i złorzeczenia wojewody rzucane królowi. Zjawę można jednak tylko usłyszeć, a nie zobaczyć, bo nie opuszcza ona olsztyńskich lochów.

Za to po zmroku po ruinach zamku spaceruje mężczyzna o siwych włosach. Czasami jego nocnym wędrówkom towarzyszy płacz kobiety i kwilenie dziecka. To dzielny starosta olsztyński Kacper Karliński, który w 1587 r. bronił Olsztyna przed wojskami arcyksięcia austriackiego Maksymiliana Habsburga, pretendenta do tronu polskiego po śmierci Stefana Batorego. Za swe męstwo i oddanie Rzeczypospolitej zapłacił jednak najwyższą cenę – stracił ostatniego z ośmiu synów. Bo arcyksiążę Maksymilian chcąc zmusić Kacpra Karlińskiego do poddania warowni, najechał dobra starosty, spalił je i porwał jego sześcioletniego synka. Dziecko zostało użyte jako żywa tarcza podczas kolejnego szturmu wojsk Habsburga na Olsztyn. Kiedy załoga zamku je zobaczyła i się zawahała, Karliński sam odpalił działo mówiąc: „Wpierw byłem Polakiem niż ojcem". Dziecko zginęło, szturm został odparty, a oblężenie zwinięte. Pogrążony w żalu Karliński nie chciał jednak godności i zaszczytów, niedługo potem umarł. Jego duch błąkając się po zamkowych murach zawsze zatrzymuje się w miejscu, w którym zginął syn. Potem rozpływa się jak mgła.

Dzielny starosta (Olsztyn uhonorował go ulicą) ma jednak towarzystwo dwóch starościn. Od czasu do czasu w ruinach można dostrzec ubraną w białe szaty młodziutką żonę starosty olsztyńskiego Albrechta, która zgubiła się w zakamarkach zamkowych lochów w dniu ślubu. Mąż znalazł jej szczątki dopiero po 30 latach i oszalał.

Jest też druga dama. To żona starosty olsztyńskiego, która sprzeciwiła się zdradzie konfederacji barskiej przez jej męża. Przygotowała zasadzkę na żołnierzy rosyjskich, których gościł starosta. Kazała się oddalić służbie, powierzając jej jedyne dziecko, a sama przeniosła proch z arsenału zamkowego pod komnatę, gdzie byli zgromadzeni goście. Starosta nakazał, aby żona towarzyszyła mu w rozmowach. Zginęli wszyscy, a zjawa kobiety dźwiga jakiś ciężar ukryty pod długim, wiszącym szalem.

Ale Olsztyn ma też ducha młodego rycerza z księstwa opolskiego pochowanego ponoć na zamkowym wzgórzu. Ojciec chłopca postanowił oddać go do klasztoru, choć syn tęsknił za przygodami, rycerskim rzemiosłem i miłością. Młodzieniec sprzeciwił się ojcu, zabrał mu część kosztowności i wyruszył z nimi w świat. Daleko nie odjechał. Został pojmany pod Olsztynem, ranny, wkrótce zmarł. Pochowano go z pieniędzmi, które ukrył w swych szatach. Niektórzy twierdzą, że w zamku słychać ich brzęk. Skarb ma jednak swojego strażnika. W jednych podaniach to pies, w innych – pustelnik z siwą brodą do pasa.

Gdzie diabeł mówi: Strzeżcie się!

Na południe od Olsztyna, widoczny z zamkowego wzgórza, rozciąga się rezerwat Sokole Góry. To pasmo wapiennych, pokrytych lasem wzniesień, ma nie tylko malownicze ostańce i jaskinie, ale także swoje mroczne tajemnice.

Sokole Góry koło Olsztyna pod CzęstochowąSokole Góry koło Olsztyna pod Częstochową Fot. Grzegorz Skowronek / AG

Legenda mówi, że wśród skał i w grotach mieszkają diabły, diabełki i licha. Raz do roku najważniejszy z diabłów zwołuje je do siebie i urządza im święto. Diabły, diabełki i licha zbierają się na najwyższym szczycie Sokolich Gór – Pustelnicy i ustawiają rzędami. Potem na dany przez najważniejszego diabła sygnał zbiegają z góry na dół na złamanie karku. Robią straszny hałas i nic nie jest w stanie im przeszkodzić, a w lesie szaleje wówczas wicher. Nieszczęście spotka tego, kto akurat znajdzie się na ich drodze, bo zginie natychmiast lub przepadnie bez wieści. Po tym biegu diabły, diabełki i licha znikają gdzieś, by wrócić za rok.

Ale diabeł tkwi nie tylko w Sokolich Górach. Przy drodze między Janowem a Żarkami, także w rezerwacie przyrody, znajdują się ruiny dawnej warowni Ostrężnik. Średniowieczny zamek wzniesiony został na wysokiej skale, która u podnóża ma wejście do jaskini z długimi korytarzami. Jak głoszą podania, w Ostrężniku znajdowało się więzienie dla tych, którzy buntowali się przeciw królowi. Kiedy warownia w niewyjaśnionych okolicznościach opustoszała, zajęli ją rozbójnicy. W podziemiach zamku połączonych z jaskinią gromadzili zrabowane podróżnym łupy. Zgubiła ich jednak chciwość i pozabijali się nawzajem walcząc o zdobycz. A skarbu do dzisiaj strzeże w głębi skał diabeł. Bieda tym, którzy się zapuszczą w podziemne korytarze.

Pierwowzór Kmicica?

Na pograniczu Małopolski, Wielkopolski i Śląska, zaledwie 10 km na wschód za Krzepicami, nad tą samą rzeką Liswartą leży Danków. Pierwsze wzmianki o tym miejscu sięgają 1217 r., kiedy to rywalizujący ze sobą Piastowicze – Leszek Biały, Henryk Brodaty i Władysław Laskonogi – zawarli tu pakt. Wielkopolska graniczyła tu wówczas z Małopolską. Zamek datowany jest na XV w., ale po kolejnych przebudowach w XVII w. zamienił się w rezydencję magnacką.

W okolicach dawnego zamku w samo południe od czasu do czasu pojawia się jeździec w futrzanym okryciu, z szablą u boku i... bez głowy. To właściciel warowni w XVII w. kasztelan krakowski Stanisław Warszycki. Postać niezwykle kontrowersyjna, bo słynął tak z gospodarności i męstwa, jak i ze srogiego charakteru.

Liczne są legendy o tym, jak to okrutnie traktował poddanych. Wystarczy przytoczyć tę o budowie fosy wokół fortecy. Kasztelan postanowił rękami swoich poddanych zmienić koryto rzeki. Setki chłopów kopało rów pod jego batem. W lochach Dankowa zginęło wielu ludzi. Miała tam zginąć także jedna z żon Warszyckiego, którą za niewierność jakoby zamurował żywcem. Drugą kasztelan podobno chłostał na dziedzińcu zamkowym na oczach służby. Te powieści wydają się mocno przesadzone, wszak epitafia Warszyckiego i jego żony Heleny znajdują się na Jasnej Górze. Była ona jedyną kobietą pochowaną w klasztorze na ścianie bazylikowej. Niemniej jednak na zamku w Ogrodzieńcu, który także był własnością kasztelana, zachowała się grota zwana Katownią lub Męczarnią Warszyckiego.

Oprócz okrucieństwa kasztelanowi przypisuje się też skąpstwo. Miał ukryć w Dankowie i Ogrodzieńcu posag córki Barbary, która ostatecznie nie dostała od ojca grosza. Warszycki podobno ukazuje się do dziś w ogrodzienieckiej warowni pod postacią czarnego psa ciągnącego metrowy łańcuch i strzeże swych bogactw. I za życia kasztelana wzbudzały one zazdrość i rodziły pogłoski jakoby twierdzę w Dankowie zbudował przy pomocy diabła.

Częstochowa 2005 r. Inscenizacja obrony Jasnej Góry w rocznicę 350-lecia potopu szwedzkiegoCzęstochowa 2005 r. Inscenizacja obrony Jasnej Góry w rocznicę 350-lecia potopu szwedzkiego Fot. Grzegorz Skowronek / AG

W historii Polski kasztelan zapisał się jednak pozytywnie. Warto wspomnieć o jego bohaterskiej obronie Częstochowy przed Szwedami oraz dostarczeniu dział oblężonej Jasnej Górze. Jego korespondencja z przeorem o. Kordeckim znajduje się w bibliotece klasztoru. Po wypędzeniu Szwedów Warszycki gościł u siebie w Dankowie króla Jana Kazimierza z królową Marią Ludwiką, Stefana Czarnieckiego i wielu senatorów.

Istnieją hipotezy, że kasztelan był pierwowzorem sienkiewiczowskiego Kmicica – patrioty i okrutnika zarazem. Kmicic ustatkował się przy Oleńce. Podobnie Warszycki uspokoił się i wiódł szczęśliwe życie z Heleną, księżną na Wiśniczu i Zbarażu.

W swych majątkach kasztelan zakładał stawy, kanały, rozwijał tkactwo, garncarstwo, budował cegielnie i popierał handel.

Ducha nastraszył Dom Mody Elegancja

W północnej dzielnicy Kłobucka – Zagórzu znajduje się zabytkowa rezydencja w stylu neogotyckim. Została tam wzniesiona po trzecim rozbiorze Polski w latach 1795-1800 przez ministra spraw zagranicznych Prus – Christiana von Haugwitza. Pałac otoczył parkiem, sprowadził m.in. amerykańskie sosny. Rodzina dyplomaty mieszkała tu do 1833 r.

Kolejnymi właścicielami rezydencji byli: Benedykt Lemański, Guido Henckel von Donnersmarck, wreszcie car Aleksander II. Po nim: Aleksander III oraz jego syn Mikołaj II – ostatni władca Rosji. Ten przekazał kłobucki majątek swemu bratu, księciu Michałowi II. Nowy właściciel często bywał w Kłobucku na polowaniach.

Po I wojnie światowej posiadłość przeszła na własność państwa. W dwudziestoleciu międzywojennym w zamku znajdowała się Szkoła Leśników. Po II wojnie światowej, w latach 1952-1972, siedzibę miało tam Prezydium Powiatowej Rady Narodowej. Potem pałac został zajęty przez zakład odzieżowy Dom Mody „Elegancja". Po 1989 r. trafił w ręce prywatne.

Z lochów pałacu jeszcze do lat 70. ub. wieku wydobywały się dziwne dźwięki – brzęczenie łańcuchów i jęki. Miejscowi mówili, że to tuła się Edward Lemański – syn Benedykta. Bo podobno właściciel rezydencji był zły do szpiku kości. Bali się go nawet jego ludzie, bo miał na sumieniu wiele okrutnych morderstw. Był wprawdzie za nie sądzony, ale zawsze wychodził z sądowych terminów obronną ręką dzięki znacznemu majątkowi. W końcu jednak nadszedł jego kres. W 1863 r. został postawiony w Zagórzu przed sądem wojennym polskich władz powstańczych. Za szkodzenie sprawie polskiej i uciskanie poddanych skazano go na karę śmierci. I natychmiast powieszono. Z braku wystarczająco mocnego drzewa wykorzystano jelenie rogi zdobiące ściany pałacu.

Pałac w ZagórzuPałac w Zagórzu Archiwum

Miejscowi mówią, że zniknął z pałacu, gdy wprowadził się tam Dom Mody „Elegancja". Podobno nie wypadało mu już straszyć wśród damskich fatałaszków.

Duch śmiertelnie zakochany

W połowie drogi z Borowna do Kruszyny, na wzgórzu, stoi w polu wysoka kolumna z piaskowca na kamiennym cokole. Dawniej podobno uwieńczona posągiem młodzieńca, zniszczonym podczas burzy.

Jej historia wiąże się z pierwszymi właścicielami pobliskiego pałacu w Kruszynie – Denhoffami. Warowną siedzibę założył wojewoda dorpacki Kacper Denhoff, który posiadał ziemię w Kruszynie od 1621 r. Pałac został zaprojektowany przez włoskiego architekta Tomasza Ponciniego. Miał okazałą oranżerię oraz prawdopodobnie pierwszy w Polsce prywatny teatr.

W pałacu w XVII w. bywali królowie Zygmunt III Waza, Jan Kazimierz i Władysław IV. W 1670 r. to tam zorganizowano część uroczystości weselnej króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego z arcyksiężną austriacką Eleonorą Habsburg. Zresztą zamieszkała tam ona na stałe po śmierci męża w 1673 r. W 1683 r. podczas wyprawy wiedeńskiej w specjalnie wybudowanej kaplicy odpoczywał król Jan III Sobieski.

Odwiedzali go też bohaterowie literaccy, bo Henryk Sienkiewicz właśnie w Krusznie wyznaczył Kmicicowi ostatni nocleg przed dotarciem do Częstochowy.

Zamek w Kruszynie, rycinaZamek w Kruszynie, rycina reprodukcja MACIEJ KUROŃ / AG

W końcu XVII w. pałac został własnością Kraśnickich, od tej pory często zmieniał właścicieli i z biegiem czasu stopniowo pogarszał się jego stan. Odzyskał blask dopiero w XIX w., gdy stał się własnością Lubomirskich. Zgromadzili tutaj dużo dzieł sztuki, stylowych mebli oraz wartościowy księgozbiór. W okresie okupacji Niemcy częściowo zdewastowali i splądrowali zespół pałacowy. Dzieła zniszczenia dokonali natomiast w latach 1946-1968 gospodarze mieszczącego się tu wówczas Państwowego Domu Dziecka. Potem urzędowała tu administracja rolniczej spółdzielni produkcyjnej.

W latach 90. XX w. zdewastowany już mocno pałac nabył od gminy potomek byłych właścicieli – Stanisław Lubomirski-Lanckoroński. Pałac został mu niejako zwrócony, gdyż kwota wykupu wynosiła symboliczną złotówkę. Brak pieniędzy na remont spowodował szukania inwestora. I taki się znalazł. Obecnie blask przywraca pałacowi małżeństwo mieszkające w Stanach Zjednoczonych.

Miejscowi mówią, że nocą strach pojawić się nocą w okolicach pałacu, zwłaszcza przy pełni księżyca. Nocą na drodze od strony Kruszyny pokazuje się jeździec i pędzi w kierunku Borowna. Zjawa na koniu rozpływa się na wysokości kolumny, a chwilę później słychać przerażający lament kobiety i mężczyzny.

Jeździec to Otto, syn Kacpra Dehoffa, który zakochał się w córce właściciela Borowna – szlachciance Zofii. Młodzi planowali ślub, któremu sprzeciwił się jednak ojciec młodzieńca. Bo Kacper Denhoff marzył o synowej z magnackiego rodu. Nie potrafił jednak odwieść syna od zamiarów poślubienia ukochanej. Zdesperowany ojciec spił pachołków i polecił spalić drewniany dwór w Borownie, razem z właścicielami. I tak się stało. Młody Denhoff, gdy ujrzał łunę nad Borownem, wybiegł z pałacu, wsiadł na konia i galopem pomknął w kierunku tej wsi. Ale było już za późno. Z rozpaczy zawrócił w kierunku Kruszyny i w połowie drogi się zastrzelił.

Ojciec rozpaczał długo i żałował swego postępku. Na miejscu śmierci syna postawił kolumnę, a na niej umieścił posąg młodzieńca. W parku w Kruszynie wybudował natomiast dla siebie pustelnię o czterech narożnych celach, połączonych wspólnym murem. Pozostawił w niej tylko jeden mały otwór, przez który otrzymywał jedzenie i picie.

„Pustelnią Denhoffa” do dziś stoi w zachodniej części parku pałacowego. I dobiegają z niej jęki oraz stukoty zrozpaczonego ojca. Według jednych legend Kacper Denhoff spędził tam resztę życia, według innych – popełnił samobójstwo.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.