Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Na 30. rocznicę Okrągłego Stołu i wyborów 4 czerwca „Wyborcza” zaprasza do stołu, by porozmawiać o sprawach ważnych dla polskich miast. Do współorganizacji częstochowskiej debaty dał się namówić urząd miasta. Temat wybraliśmy z gatunku fundamentalnych: pieniądze. Postanowiliśmy sprawdzić, za co płaci samorząd, choć powinien rząd, i jak decyzje podejmowane w Warszawie wpływają na nasze życie tu, w Częstochowie. Debata odbyła się w Częstochowskim ratuszu.

Rząd obiecuje, samorząd sponsoruje

– Zawsze było tak, że samorządy dopłacały do zadań zlecanych nam przez administrację rządową, ale rozdźwięk między tym, ile te zadania kosztują, a ile na ich realizację otrzymujemy z budżetu państwa, jeszcze nigdy nie był tak dramatyczny jak obecnie – twierdzi Krzysztof Matyjaszczyk, prezydent Częstochowy. – To jest poważny problem, bo tych pieniędzy nie możemy wydać na wiele ważnych przedsięwzięć, na które czekają mieszkanki i mieszkańcy Częstochowy.

Prezydent wylicza:

* Ceny prądu rosną, i to nie o wskaźnik inflacji czy wzrost PKB – ale o 50 i więcej procent w stosunku do rachunków, które płaciliśmy do tej pory. W budżecie Częstochowy musieliśmy przeznaczyć o 6 mln zł więcej na ten cel. Rząd obiecywał, że nie zapłacimy za prąd więcej niż w czerwcu ub. roku, ale my w pierwszym kwartale już zapłaciliśmy blisko 1,5 mln zł więcej.

* Co do oświaty: zwykle Częstochowa w latach 2011-2016 do subwencjonowanych zadań oświatowych dopłacała ok. 45 mln zł. Ale w zeszłym roku już ponad 90 mln zł. Słyszeliśmy np., że reforma edukacji nic nie będzie kosztować, a zmiany będą tylko pozytywne. Tych pozytywów jednak nie widać, za to, jak wyliczyliśmy, na dostosowanie szkół do nowych potrzeb wydaliśmy ponad 15 mln zł. Z ministerstwa dostaliśmy milion, i to niecały. Oczekuje się, że tę całą resztę samorząd dołoży ze swoich środków.

* Podobnie jest w służbie zdrowia. Wydatki konieczne w związku ze zmianami przepisów prawnych są wielokrotnie wyższe niż wzrost kontraktu z NFZ. W latach 2016-17 łączna kwota potrzebna na pokrycie ujemnego wyniku finansowego Miejskiego Szpitala Zespolonego wyniosła 3 mln zł. Za rok 2018 jest to 9 mln zł. Czyli kolejny, bardzo duży, kilkusetprocentowy wzrost zaangażowania środków miasta na zadania, które powinny być finansowane centralnie.

* To nie tylko kwestia kosztów przerzucanych na samorządy. Pojawiają się kolejne zagrożenia, które w żaden sposób nie były z nami konsultowane. Chodzi o różnego rodzaju ulgi w podatkach. Gdyby były one skoordynowane, przedyskutowane z samorządami, być może mogłyby być czynnikiem pobudzającym przedsiębiorczość i gospodarkę. Teraz wiadomo na pewno, że będą miały ujemny wpływ na dochody samorządów, bo samorząd będzie w połowie sponsorem wszystkich obietnic składanych przez rząd. Czyli rząd obiecuje i rozdaje, ale płaci pieniędzmi nas, podatników, nas, samorządów. Mądrze ktoś powiedział, że rząd ma tylko te pieniądze, które wcześniej zabrał obywatelom. Gdyby zabierał i przeznaczał na dobre, ciekawe, rozwojowe cele, to może mieć pozytywny efekt. Gdy chodzi o populistyczne rozdawnictwo, to skutków pozytywnych za wiele nie będzie, ale negatywnych sporo, bo samorządom będzie brakować pieniędzy na inne ważne dla mieszkańców i mieszkanek cele.

Ewa Wójcik, skarbnik Częstochowy, ma kolejne przykłady: – Nowe prawo wodne i powołanie spółki Wody Polskie spowodowały, że w budżecie Częstochowy na ten rok trzeba było zarezerwować 10 mln zł na zwiększone opłaty za odprowadzenie wód opadowych i roztopowych do kanalizacji deszczowej. Oczywiście moglibyśmy zmniejszyć ten wydatek, ale w tym celu trzeba byłoby przerzucić te koszty na mieszkańców, wprowadzając opłatę, którą musieliby wnosić.

GRZEGORZ SKOWRONEK

Ponad 90 mln zł to dla odmiany koszt, który budżet Częstochowy musi ponieść z powodu przyjętej przez rząd i uchwalonej przez Sejm ustawy o przekształceniu prawa użytkowania wieczystego we własność. Tylko w tym roku potrzeba ok. 1,5 mln zł, by do grudnia każdemu z 27 tys. mieszkańców, których ustawa dotyczy, wydać stosowne zaświadczenia. 90 mln zł to z kolei pieniądze, które nie wpłyną w najbliższych latach do budżetu miasta, ponieważ nowi właściciele zostali zwolnieni z ok. 20 rocznych opłat za użytkowanie wieczyste.

Rokrocznie Częstochowa dokłada 9 mln zł do realizacji tzw. zadań zleconych z zakresu administracji rządowej: wydawania dowodów osobistych, aktów stanu cywilnego, dokumentów geodezyjnych, prowadzenia ewidencji ludności czy ewidencji przedsiębiorstw. Można by się wprawdzie domagać tych pieniędzy na drodze sądowej, ale sprawy w sądzie trwają długo i dużo kosztują. Zwłaszcza że rząd zapowiada kolejną podwyżkę opłaty sądowej do 500 tys. zł. Wielu samorządów po prostu nie będzie stać na jej uiszczenie.

– Finansami miasta zajmuje się od 20 lat – mówi Ewa Wójcik. – Z perspektywy tych lat oceniam, że kondycja finansowa samorządów, nie tylko naszego miasta, w ostatnim okresie znacząco się pogarsza. Jeśli to się będzie nadal tak zmieniać, to dynamiczny rozwój samorządów poważnie zahamuje, bo będą zmuszone ograniczyć wydatki, przede wszystkim inwestycyjne.

Samorząd w kryzysie

Marek Wójcik kiedyś – jeszcze za prezydentury Tadeusza Wrony – był sekretarzem miasta. Dziś jest pełnomocnikiem zarządu Związku Miast Polskich ds. legislacyjnych i na sprawy samorządowe ma ogląd całościowy.

– Częstochowa jest miniaturą tego, co się dzieje w kraju – twierdzi. – Jeżeli mówić o tym, co ma robić strona rządząca, to po pierwsze zachowywać się wobec nas uczciwie. Począwszy od szacunku dla konstytucji, która reguluje bardzo wyraźnie, że samorządy mają otrzymywać dochody adekwatne do swoich zadań.

GRZEGORZ SKOWRONEK

Dla samorządów, nie tylko Częstochowy, ma złą informację. – Co do prądu mam poważne obawy, czy obietnice rządu, że nie zapłacimy więcej, w ogóle zostaną spełnione – twierdzi. Do tych smutnych wniosków doszedł m.in. po dwóch krótkich rozmowach z premierem Mateuszem Morawieckim. I po obradach rządowo-samorządowej wspólnej komisji, w której stronie rządowej przewodzi wiceminister energii Tadeusz Skobel, a on ze strony samorządowej. – Po dwóch miesiącach dobijania się, żeby zespół się w końcu spotkał, do spotkania doszło – opowiadał. – Poza tym, że ustaliliśmy rozbieżności, to na razie żadnego skutku nie było.

Trochę pocieszał – o ile to może być pocieszenie – że 50-procentowy wzrost wydatków na energię elektryczną to i tak niedużo. – Mam przykład z Bydgoszczy, która właśnie rozstrzygnęła przetarg. Będzie za prąd płacić o 77 proc. więcej niż w ub. roku. Czyli zapłaci o 11 mln zł więcej. Dla porównania: ogrzewanie wszystkich budynków komunalnych, zarówno mieszkaniowych, jak i użyteczności publicznej, kosztuje Bydgoszcz 15 mln zł. Widać, jaka jest skala wzrostu. A dodam, że przed nami podwyżka cen za gaz. I to też będzie olbrzymi skok.

Samorządy zaliczyły także niewyobrażalny skok w dopłatach do oświaty. Wójcik wylicza: – W 2004 r. dopłacały do subwencji oświatowej średnio 33 proc. Potem przez kolejnych 13 lat skala naszego dofinansowania wzrosła w sumie o 9 proc. I nadeszły dwa nieprawdopodobne lata, 2017 i 2018, kiedy w związku z tzw. reformą dopłaty skoczyły aż o 12 proc. w ciągu dwóch lat – samorządy wydały o 7 mld zł więcej, niż gdyby dopłaty rosły w we wcześniejszym tempie. Tylko do zadań subwencjonowanych, za które powinno płacić państwo 66 miast na prawach powiatu – a takim jest Częstochowa – dokładają rocznie 6 mld. zł. Przekazana subwencja nie wystarcza im nawet na wypłatę wynagrodzeń dla pracowników oświaty. Ta skala niedoszacowania w edukacji powoduje, że w tej chwili w Polsce mamy jedne z najniższych nakładów na edukację w przeliczeniu na mieszkańca. Średnio jest to 582 euro, podczas gdy średnia europejska wynosi 1400 euro, a są państwa, które wydają siedem razy więcej. Opowiadam o tym dlatego, że kwestia strajków nauczycielskich i tego, co się dzieje w edukacji, ma o wiele szerszy wymiar. To, że coraz więcej dokładamy do edukacji, usztywniamy nasze wydatki, powoduje, że nasze możliwości rozwojowe diametralnie spadają. To oznacza, że za chwilę nie będziemy mieli na wkład własny do projektów unijnych i współfinansowanych narodowo.

Wójcik ostrzega: – Jesteśmy w tej chwili w samorządzie na sporym zakręcie. Nie wiem, jak z niego wyjedziemy. Jedno jest pewne, że będziemy musieli wyhamować przedsięwzięcia rozwojowe.

Piotr Grzybowski, naczelnik miejskiego wydziału rozwoju i funduszy europejskich także wieszczy kłopoty. – Oczywiście, że zabraknie nam pieniędzy na wkład własny w projekty finansowane przez Unię. W całej Polsce zabraknie. Pieniądze, które w tym roku wydamy na nie swoje zadania to ok. 100 mln zł. Te pieniądze niestety nie idą na rozwój, bo są przejadane. Częstochowianom i częstochowiankom nic w związku z ich wydaniem nie przybędzie.

I wylicza. 10 mln zł, które musimy zapłacić spółce „Wody Polskie” to jest dokładnie tyle, ile dokładamy do każdego z projektów odwodnienia częstochowskich dzielnic: Kiedrzyn, Grabówka, Północ. 6 mln zł więcej za energie elektryczną – a to jest dwukrotnie więcej niż potrzebujemy, żeby całe oświetlenie miejskie zamienić na oszczędne, ledowe. Za 90 mln zł, które w zeszłym roku dołożyliśmy do oświaty, nasz wydział jest w stanie wyremontować, termozmodernizować i wymienić meble we wszystkich szkołach w Częstochowie.

Polacy nabijani w elektromobilność?

Zarówno Marek Wójcik ze Związku Miast Polskich, jak i Piotr Grzybowski, naczelnik wydziału rozwoju i funduszy europejskich w ostrzegają, że największe z zagrożeń, które za sprawą rządu czyha na samorządy to ustawa o elektromobilności, konik premiera Morawieckiego. Zakłada ona, ze począwszy od przyszłego roku samorządy będą miały obowiązek korzystać z taboru elektrycznego lub gazowego, przy czym jeden samochód na gaz liczy się jako pół elektrycznego. Chodzi nie tylko o samochody służbowe urzędu, ale tak samo karetki w podległym samorządowi pogotowiu, autobusy w MPK (ale tramwaj, choć na prąd, się nie liczy!). Na początek „elektryki” mają stanowić 10 proc. taboru, w kolejnych latach 20 i 30 proc. Ustawa dotyczy nie tylko pojazdów samorządu i jego jednostek, ale także firm, którym samorząd zleca zadania. Czyli elektryczne muszą być także śmieciarki, busy wożące niepełnosprawnych czy auta odśnieżające drogi i chodniki.

- Takich samochodów nie ma, nikt ich nie produkuje - alarmuje Wójcik.

- Są tak samo mityczne, jak nasz narodowy elektryczny autobus, którego produkcję zapowiadał pan premier - twierdzi Grzybowski.

Szlachetne zdrowie

W sprawie ponoszonych przez samorządy nakładów na ochronę zdrowia Marek Wójcik też ma same złe wiadomości. Np. że śląski oddział NFZ tak zdusił kontraktowanie dla szpitali, że te musiały znacznie ograniczyć świadczenia. W efekcie nie miały nadwykonań, gdy się na ich sfinansowanie znalazły „dodatkowe” pieniądze w budżecie państwa. W efekcie województwo śląskie, ludnościowo porównywalne z województwem mazowieckim, pieniędzy na szpitale miało mniej niż lubelskie.

Rząd zmienił też zasady finansowania programów zdrowotnych. – Osiem lat walczyliśmy, żeby przy ich realizacji można było łączyć nasze, samorządowe środki ze środkami NFZ. Było to możliwe przez dwa lata. W 2017 r. ukazała się nowelizacja ustawy, która pozwala je łączyć, ale tylko w przypadku świadczeń z tzw. koszyka świadczeń gwarantowanych. czyli dzisiaj nie można już razem realizować np. szczepień na HPV, grypę, czy pneumokoki. W województwie śląskim oznacza to, że zamiast 1,3 mln zł pieniędzy NFZ na wspólne programy będzie to jedynie 300 tys. zł.

Kolejny problem, który przed służbą zdrowia w całej Polsce. Przez podniesienie norm zatrudnienia pielęgniarek, w skali kraju przez pierwsze trzy miesiące 2019 r. wyrejestrowano już 13 tys. szpitalnych łóżek. Zamykane są przede wszystkim najbardziej potrzebne oddziały wewnętrzne. – To jest katastrofa, bo na nie jest największe zapotrzebowanie – ocenia Wójcik.

GRZEGORZ SKOWRONEK

– Szpital i obciążenia, które na niego spadają, to temat na odrębną debatę – uważa Wojciech Konieczny, dyrektor Miejskiego Szpitala Zespolonego. – Na szpital zrzucane są obciążenia takie, jakie dotyczą całej działalności gospodarczej i dodatkowo te specyficzne, które dotyczą tylko działalności w ochronie zdrowia, z tą jednak różnicą, że szpital nie może ani zwiększyć cen świadczeń, których udziela, ani ich ilości, bo to jest limitowane. Szpital dostaje więc cios w postaci miliona złotych, które musi dodatkowo wydać, ale nie może na to zareagować. Teraz wymaga się od nas, żebyśmy spełnili normy zatrudnienia pielęgniarek. Abyśmy się mogli do nich zastosować, powinny być spełnione dwa warunki. Po pierwsze muszą być pielęgniarki, żebyśmy mogli je zatrudnić. Po drugie – muszą być pieniądze, by im zapłacić. Do lipca, kiedy się te normy jeszcze zaostrzą, potrzebowalibyśmy 2,5 mln zł. Gdybyśmy nawet mieli te 2,5 mln zł, to nie ma pielęgniarek. Czyli zgłaszanego wobec nas wymagania spełnić się nie da.

– Ale przecież większość pielęgniarek z Polski wyjechało – mówi prof. Marek Szajt z wydziału zarządzania Politechniki Częstochowskiej. – Wiele państw Europy swoje deficyty przedstawicielek tego zawodu rozwiązały w ten sposób, że oferowały polskim pielęgniarkom darmowe kursy językowe. Rząd znalazł rozwiązanie, które ma podnieść poziom opieki nad pacjentami w szpitalach, ale wyraźnie zapomniał, ile trwa kształcenie pielęgniarki. Teraz wymaga się od niej studiów na poziomie magisterskim, czyli są to cztery lata nowego liceum plus pięć lat studiów. Czyli pielęgniarki, które teraz mają zatrudnić polskie szpitale, będą dostępne na rynku nawet za 9 lat.

Dyr. Konieczny wylicza kolejne rządowe decyzje, które mają wpływ na sytuację finansową kierowanego przez niego szpitala. Rząd twierdzi np. że przekazuje „odpowiednie” sumy na podwyżki dla personelu. Tyle, że one wcale odpowiednie nie są, bo w przypadku częstochowskiego szpitala potrzeba jeszcze 3,8 mln zł na pochodne od podniesionych wynagrodzeń: dodatki za dyżury, nadgodziny, dodatki funkcyjne. Dodatkowo część pracowników szpitala zatrudniona jest na kontraktach, a dla nich już rząd nie przekazał środków. Szpital musi je podnosić z własnych funduszy. Oczywiście NFZ nie rekompensuje szpitalowi podwyżek cen energii, leków, benzyny, kosztów odbierania od nas odpadów medycznych, do których zaliczono także opakowania po kroplówkach, choć one skażone być nie mogą. Ostatnio wprowadzono zakaz pobierania opłat za wydawaną pacjentom dokumentacje medyczną. – To niby drobiazg, zarabialiśmy na tym kilka tysięcy w skali roku, ale ich już także nie zarobimy – mówi Konieczny.

Firma Częstochowa

Prof. Marek Szajt na Częstochowę spojrzał jak na przedsiębiorstwo. – Niestety, średniej wielkości, ze wszystkimi wynikającymi z tego obciążeniami – twierdzi. – Z punktu widzenia zarządzania byłoby nam łatwiej np. gdyby szpitala nie było. Mniejsze gminy, które szpitali nie prowadzą, mają mniej kłopotów. Co więcej, bierzemy na nasze barki obsługę osób spoza miasta. To samo dotyczy zresztą oświaty. Przeanalizowałem dane dotyczące liczby uczniów w Częstochowie i powiatach częstochowskim, kłobuckim, lublinieckim i myszkowskim. W latach 2010-17 do szkół podstawowych w Częstochowie uczęszczało ok. 35-37 proc. uczniów z całego tego obszaru. Do częstochowskich liceów 70-76 proc. Są to koszty. Ponosi je miasto. Ktoś jedzie przez niewielka gminę i z podziwem patrzy na piękny Orlik, na nowa halę sportowa, zachwyca się stanem dróg. Ich tu na wszystko stać, ocenia. Ano stać, skoro np. płaci za kształcenie wyłącznie własnych uczniów.

GRZEGORZ SKOWRONEK

Prof. Marek Szajt na Częstochowę spojrzał jak na przedsiębiorstwo. – Niestety, średniej wielkości, ze wszystkimi wynikającymi z tego obciążeniami – twierdzi. – Z punktu widzenia zarządzania byłoby nam łatwiej np. gdyby szpitala nie było. Mniejsze gminy, które szpitali nie prowadzą, mają mniej kłopotów. Co więcej, bierzemy na nasze barki obsługę osób spoza miasta. To samo dotyczy zresztą oświaty. Przeanalizowałem dane dotyczące liczby uczniów w Częstochowie i powiatach częstochowskim, kłobuckim, lublinieckim i myszkowskim. W latach 2010-17 do szkół podstawowych w Częstochowie uczęszczało ok. 35-37 proc. uczniów z całego tego obszaru. Do częstochowskich liceów 70-76 proc. Są to koszty. Ponosi je miasto. Ktoś jedzie przez niewielka gminę i z podziwem patrzy na piękny Orlik, na nowa halę sportowa, zachwyca się stanem dróg. Ich tu na wszystko stać, ocenia. Ano stać, skoro np. płaci za kształcenie wyłącznie własnych uczniów.

Być albo nie być samorządów

– Samorządy walczą o życie – twierdzi Marek Wójcik. – Trzeba przesądzić ustrojowo, jakie chcemy mieć państwo. Zarządzane centralnie, z perspektywy ul. Wiejskiej (Sejm) czy Alej Ujazdowskich (Kancelaria Premiera). Czy chcemy mieć dokładnie odwrotnie, oddać państwo obywatelom jeszcze bardziej niż teraz i zaufać im.

- Myślę - mówił Wójcik -  że słowo „zaufać” jest tu kluczowe, a ta władza nie ufa obywatelom. To nasze spotkanie w Częstochowie ma zdecydowanie wymiar pozaczęstochowski, bo te same problemy mają wszystkie samorządy w kraju. Przed nami w tym roku podwójne wybory. Warto spróbować weryfikować kandydatów pod względem tego, co myślą o samorządności.

– Polityka powinna być konsekwentna – mówi Matyjaszczyk. – Jeśli ktoś powie, że decyzje zapadają centralnie, to niech weźmie za to odpowiedzialność i zabierze ja samorządom. Chce pisać kolejne reformy dla edukacji, to niech zabierze nam szkoły i pokaże, ze jest w stanie zrobić to za takie pieniądze, jakie im na szkoły daje. Jeżeli chce sobie podporządkować inne dziedziny miejskiego życia, niech pokaże, że potrafi to robić. Ja osobiście jestem przeciw. Samorządy pokazały np., że są w stanie porozumieć się przy pozyskiwaniu środków europejskich. Kluczem jest współpraca rządu z samorządem. Tymczasem kluczowe dla nas ustawy są uchwalane jako projekty poselskie, bez konsultacji z samorządami i wszystkimi innymi instytucjami.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.