Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Grzegorz Basiak-Fox jest niepraktykującym prawnikiem, byłym członkiem Partii Zieloni, autorem spektakularnej akcji obywatelskiego sprzeciwu przed czterema laty wobec obecnej ekipy rządzącej Polską. Teraz, by poprzeć Białorusinów, codziennie po godz. 17 staje samotnie na ulicy z plakatem żądającym dla nich wolnych wyborów i amnestii: najpierw można go było spotkać koło cerkwi na ul. Śląskiej, a teraz przy DH Centrum w al. Wolności.

Dorota Steinhagen: Skąd potrzeba, by w taki sposób wspierać Białorusinów?

Grzegorz Basiak-Fox: Imponują mi siłą swojego protestu. Podziwiam ich, że w kraju, w którym KGB nadal nawet nazywa się KGB, są zdolni do takiego oporu. Chyba jeszcze nigdy opozycja w Białorusi nie była tak silna. A że kiedyś nam, Polakom, zachodni świat też pomagał, manifestując poparcie, gdy domagaliśmy się zmian w naszym kraju, uznałem, ze powinienem coś i ja zrobić. To zresztą zgodne z moim dotychczasowym postępowaniem i zaangażowaniem w sprawy społeczne.

Bo to pan jest tą osobą, która w grudniu 2016 r., gdy polska opozycja okupowała salę plenarną w Sejmie, wymalował na siedzibie „Solidarności” i PiS-u hasła przeciw postępowaniu ekipy rządzącej.

– Tak, to ja. Hasła były cztery: „Stop reformie edukacji!”, bo to się okazała być deforma, „Cze Antoni”, bo minister Macierewicz był zagrożeniem dla bezpieczeństwa Polski i to już wtedy było jasne, „Szyszko spadaj!”, żeby przestał niszczyć środowisko, a przede wszystkim „#Wolne media” w reakcji na fakt, że marszałek Marek Kuchciński wyprosił z Sejmu wszystkie media poza telewizja publiczną. To łamanie Konstytucji, w której zapisano, że obywatele mają prawo wiedzieć, co robi wybrana przez niech władza. Protestu nie żałuję, choć formy być może. I nie dlatego, że do dziś ciągną się za mną jego konsekwencje: spłacam zasądzoną mi nawiązkę i mam jeszcze do odrobienia prace społeczne, których nie wykonałem ze względu na koronawirusa. Nie znalazłem zrozumienia u ludzi. Dla nich to nie był akt obywatelskiego nieposłuszeństwa, tylko wyłącznie wandalizm.

Teraz manifestuje pan inaczej.

– Oficjalnie i formalnie, ze zgłoszeniem w urzędzie miasta mojej jednoosobowej akcji.

Co pan chce przez nią osiągnąć?

– Patrząc na to, co się dzieje w Mińsku i innych białoruskich miastach, uważam, że to ostatni moment, żeby spróbować coś z ludzi wykrzesać tutaj w Polsce.

Ale co my tu w Polsce możemy zrobić dla protestujących Białorusinów?

– Naciskać na polskich polityków, którzy mogą uruchomić także swoje wpływy w Brukseli, by wspólnie wymóc na Łukaszence amnestię dla zatrzymywanych i więzionych. Sadząc po natężeniu represji na Białorusi, będzie bardzo potrzebna, i to niedługo. Można też apelować do Kościoła prawosławnego. Stąd zresztą na pierwsze miejsce mojego protestu wybrałem róg Kopernika i Śląskiej, przy wejściu do częstochowskiej cerkwi. Wysłałem także pismo do Sawy, prawosławnego metropolity warszawy i całej Polski, by także użył swoich wpływów dla dobra Białorusinów.

Jaka jest reakcja częstochowian?

– Raczej pozytywna. Na sześć osób zatrzymujących się przy mnie najwyżej jedna jest nastawiona do moich postulatów negatywnie lub obojętnie. A ja poza amnestią postuluję także wolne wybory, najpierw prezydenckie, potem zapewne także parlamentarne.

Ale myśli pan, że jeżeli my tu w Polsce sami nie potrafimy sobie poradzić z Putinem i on ciągle w naszej polityce miesza, to wsparcie Polaków dla Białorusi może mieć jakikolwiek skutek?

– Są cztery kraje, które w Europie zawsze popierają Białorusinów: państwa nadbałtyckie i Polska. Myślę, że to jednak jest taki blok, który jest w stanie coś w Brukseli wynegocjować i skłonić polityków europejskich, by skutecznie naciskali na Łukaszenkę.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.